26 stycznia 2014

Zima contra wózkowicz (wózkowicz contra zima? :D)

Post miał być przedwczoraj, ale Blogger od kilku dni się buntuje i wyskakuje mi tu z jakimiś błędami - mam nadzieję, że tym razem już bez problemu pójdzie.
Jaką mamy zimę każdy widzi - zimno potwornie, a śniegu wcale nie mało. Do niedawna (tj. do zeszłej zimy) w taką pogodę byłam uziemiona w domu, bo poruszanie się wózkiem manualnym po śniegu jest średnio realne (samodzielnie w zasadzie niewykonalne, a gdy jest ktoś do pomocy - robi dosłownie za konia pociągowego). Poza tym nie oszukujmy się... nawet w dużych miastach - takim jak moje - gdzie szczególnie oczekiwałoby choć względnego ucywilizowania (czyt. odśnieżonych chodników lub chociaż posypania ich piaskiem tudzież solą) - najczęściej niewiele się z tym robi, albo owszem, ale na przysłowiowe "odwal się". Biorąc pod uwagę to, że już osobie chodzącej w takich warunkach nie jest najłatwiej się przemieszczać (co chwilę słyszę, że tu ktoś się pośliznął i upadł, a kto inny coś złamał), a mojemu elektrykowi wystarczy trochę błota, żebym się wkopała/ wryła i nie mogła choćby drgnąć z miejsca - logicznym by było, że z domu się nie ruszę.
Nie ze mną te numery :)
Gdy na początku grudnia 2013 spadł pierwszy śnieg, z trochę bardziej niż niewielkim niepokojem zastanawiałam się czy ten mój elektryk sobie poradzi (to pierwsza nasza wspólna zima), ale jeszcze wtedy białego puchu było jak na lekarstwo i zniknął równie szybko jak się pojawił, więc jakichś kolosalnych problemów nie było. W zeszłym tygodniu spadło go już sporo (a nawet bardzo sporo), a tu w weekend na zajęciach (tj egzaminie końcowym z j.migowego) pojawić się było trzeba. Od rana słyszałam odgłos odśnieżania, więc pomyślałam, że skoro odśnieżają u mnie pod oknami(mąż pani sprzątaczki odśnieża mi nawet podjazd, choć wcale nie musi, bo teren prywatny - ale robi to za uśmiech, "dziękuję" i wszyscy są zadowoleni) to w centrum tym bardziej. Naiwnaś kobieto... Podczas gdy w normalnych warunkach droga do szkoły zajmuje mi max 20 min, tego dnia jechałam dużo ponad dwa razy tyle, mając co kilkaset metrów przymusowy przystanek, a wtedy nie pozostawało nic innego jak rozglądać się z nadzieją, że będę miała kogo poprosić o pomoc w ruszeniu się z miejsca. Do szkoły dotarłam, egzamin zdałam, ale było trzeba jeszcze wrócić do domu, a ciemno jak w nosie. W szkole śmialiśmy się z grupą, że trzeba mi pług z przodu do wózka przykręcić, albo dmuchawę jakąś przy podnóżku, cobym mogła drogę torować, roztapiając śnieg przed sobą. Całe szczęście, że kolega miał jeszcze trochę czasu do odjazdu pociągu do domu, więc przyjął miano "popychacza" i mnie odprowadził. Po dwóch dniach znów wyszłam z domu psychicznie gotowa na ciężkie przeprawy, ale było już lepiej - po ubitym, udeptanym i zmarzniętym na kamień śniegu da się jechać! Co prawda, trochę ciężko zapanować nad wózkiem bo się ślizga i trochę rzuca (dobrze, że ten wózek - zwany przez znajomych "PapaMobile" lub "Dyliżans" - ma pasy bo z pewnością zbierałabym zęby z chodnika :D), ale nikt przecież nie powiedział, że muszę pędzić na najszybszym biegu prawda? :)
Chciałoby się zakończyć zdaniem: "My się zimy nie boimy", ale nasuwa mi się morał:
MUSZĘ CHOLERA ZROBIĆ PRAWO JAZDY! :D

6 stycznia 2014

Jak babcię kocham, tak kiedyś coś mnie trafi...

[wdech... wydech...]
Wchodzę do kuchni (w chałupie rodzinnej) już gdzieś podświadomie wiedząc co mnie tam spotka.
Jednym okiem łypię na zlew i czym prędzej je zamykam.
[wdech... wydech...]
- góry garów w obu komorach mogłyby śmiało stanąć w konkury choćby ze Śnieżką (1602m n.p.m), ale nic...
[z trudem powstrzymuję pawia]
Robię w tył zwrot mając resztki nadziei, że może kuchenka... albo stół chociaż wyglądają jako tako...
[naiwnaś kobieto jak mała dziewczynka]
Staram się poskromić ten armagedon, mając oczywiście na względzie, że przez resztę pomieszczenia również przeszedł "Ksawery" co najmniej, najprawdopodobniej nie oszczędzając też łazienki.
[wdech... wydech...]
W tym domu mieszka dwoje dorosłych (matka i R.), i dwóch nie całkiem już małych chłopców (czyli Sajgonek z Kubeluszem), ale przecież:
- nie ma po co zmywać, a jak już zabraknie sztućców, kubków tudzież talerzy - zawsze można zjeść z półmiska, a napić się prosto ze dzbanka, prawda?
- brudnych naczyń po jedzeniu nie wstawia się do zlewu, tylko zostawia z resztkami na stole lub przy komputerze (o zgrozo) - przecież same tam trafią, głupie nie są...
- jeśli już jakimś cudem znajdą się one w zlewie, to po co je spłukać i ustawić jedno na drugim, skoro jak Karolina będzie zmywać to może sobie poukładać (żeby móc w ogóle wykonać jakiś ruch), namoczyć, albo zeskrobywać pół godziny zaschnięty sos spagetti z jednej miski?
- wypijając herbatę, lub kawę nie ma sensu machnąć ręką i wyrzucić torebkę/fusy skoro można rzucić kubkiem (bo do zlewu przecież - o co ty masz babo pretensje w ogóle?) byle jak - niech sobie pływa wszystko naraz...
- gotując, nie wrzuca się przypraw do garnka, tylko obsypuje wszystko wkoło (czerwono zielona kuchenka to w końcu nie to samo co biała - taki design nowoczesny)
- coś upadło? rozsypało się? rozlało? - przewróciło się, niech leży...
- kosz pełen śmieci? żaden problem... - zawsze można rzucić papierek obok
- a może skończył się papier w łazience? - przynajmniej będzie ubaw jak ktoś pójdzie za potrzebą...
[wdech... wydech...]

Takich sytuacji niestety mogłabym napisać jeszcze sporo... Nie jestem pedantką, nie wszystko u mnie lśni, ale na takie coś patrzeć nie mogę. Czasem mówię, tłumaczę, proszę... A czasem sprzątam to ze świadomością, że dosłownie za chwilę będzie znów to samo... i szlag mnie trafia...
[wdech... wydech...]

24 grudnia 2013

A tej weny to chyba sobie życzyłam... (czyli 13-tego w piątek #1)

I znowu nie pisałam jakiś czas, i znowu uzbierało się trochę zaległości (a nawet można by rzec, że całkiem sporo). Kilka postów rozpoczętych czeka aż je łaskawie doszlifuję i wstawię, a ja albo nie mogę wydobyć tych "kilku" minut w ciągu dnia, albo zwyczajnie mi się nie chce... A jak już mi się zachce, lub dojdę do wniosku, że "wypadałoby" to opcje są dwie:
1. piszę dosłownie parę słów
2. wena mnie nawiedza w najmniej oczekiwanym i odpowiednim momencie (na zegarze wybiła właśnie 3:07)

Choć święta za pasem, to będę raczej oryginalna i nie planuję na ich temat się rozpisywać, bo - jak co wytrwalszym czytelnikom wiadomo – świąt nie lubię i od zeszłego roku (ani poprzedniego i jeszcze wcześniejszego zresztą też) nic się w tej kwestii nie zdążyło zmienić.

Co się działo piątek 13-tego? Intensywny dzień, nawet bardzo. Przeszło 16 godzin non stop na wózku w jednej pozycji, nawet na najwygodniejszym fotelu do komfortowych nie należy jednak. A tu trzeba odprowadzić Szyszka do szkoły uwzględniając oczywiście po drodze wszelkie "Nie chce mi się iść", "Zapomniałem czytanki/piórnika/stroju na w-f (niepotrzebne skreślić)", "Zoooobacz jaki super motor" itd. itp. Potem z wywieszonym jęzorem lecieć do pracy i od 8 do 14 nie mieć czasu nawet na wyjście do toalety, albo (za przeproszeniem) siedzieć na dupie i nie robić nic - zależy od dnia i ilości zleceń.
No ale wracając do piątku... Po pracy ledwo zdążywszy na czas wparowałam do szpitala na oddział dziecięcy. Wyprzedzając pytania - nikomu nic nie jest, wszyscy zdrowi - wyczekujcie #2 a wszystko będzie jasne. Tak jak wpadłam, tak i wypadłam tuż przed 18 ze szpitala, szukając po ciemku możliwie jak najkrótszej drogi do gdańskiego Instytutu Kultury Miejskiej gdzie odbyła się organizowana przez trójmiejskieblogi.pl Wigilia Blogerów. Był to mój debiut wśród blogowej społeczności w realu (trochę masło maślane wyszło, ale wiadomo o co chodzi). Jak było? Super atmosfera, fajni ludzie, pyszne jedzonko (paszteciki handmade i kawa przywołały do porządku me burczące wnętrzności i opadające już z lekka powieki)i jak na prawdziwą wigilię przystało - prezenty (od sponsora - firmy Ziaja). Zdjęć nie robiłam (nie wiem czemu). Jeśli już koniecznie chcecie zobaczyćjak się bawiliśmy zajrzyjcie na bloga Asi (strafarodziny3miasto.blogspot.com), która uwieczniła to i owo (nawet moja facjata się na fotkę załapała); i obejrzyjcie filmik z trójmiejskimi życzeniami od blogerów dla blogerów (fejm musi być - a co! :D )

***

29 listopada 2013

Strasznie dlugo nie pisalam nic konkretnego. Wszystko z braku (standardowo) czasu i (mniej standardowo) internetu. Teraz tez pisze przez telefon, pierwszy raz zreszta,wiec wybaczcie brak polskich znakow i ewentualne bledy.
U mnie standardzik, ze tak powiem - praca, szkoła,dom(y) i tak na okraglo.
(właśnie wyczaiłam jak ustawić polskie znaki) :)
Szkoła super - wybór kierunku był oczywisty jak tylko zobaczyłam spis - terapia zajęciowa. Nikogo chyba nie zaskoczę stwierdzeniem, że to bardzo moja bajka. Rodzina odradzała mi tą szkołę mówiąc, że będę mylona z pacjentem, ale jam uparta jest bestia no i robię swoje. Zajęcia super,grupa też (właściwe osoby na właściwym miejscu) . Nie bya nam potrzebna żadna integracja, ani docieranie się - wyszło zupełnie tak jakbyśmy znali się od dawna. Bywa trudno... Bywa i tak, że jesteśmy zaskoczeni tym co może nas później spotkać w pracy, a i tak język migowy w skali najtajniejszych zajęć zajmuje szczyt podium i wszystkim łącznie ze mną ciągle go mało. Póki co,zaczynam się rozglądać za jakąś praktyką i mimo, że wybór rodzaju miejsc jest sporo, to jeszcze nie wiem na co finalnie się zdecyduję- pożyjemy, zobaczymy jak to mówią.
Jak na na mało sprzyjające warunki do pisania, to całkiem sporo mi wyszło no nie?
Bywajcie i do następnego :)

15 października 2013

To już 5 rok...

... odkąd czerwiec z październikiem zamieniły się miejscami...
Kocham...
Tęsknię...
Pamiętam...

i...

chce mi się wyć...

28 sierpnia 2013

Zepsułam dziś tramwaj

O taki zapsułam (zdjęcie z neta)


- tego jeszcze nie grali
Podjeżdża tramwaj nr 6, wciskam guziczek wysiada do mnie pani motornicza (motorniczy?), rozkłada rampę, wjeżdżam ci ja sobie kulturalnie do środka i niby wszystko ładnie, pięknie, ale tramwaj dłuższą chwilę ruszyć z miejsca nie raczy.

Przyjechali panowie z naprawy. Rampa raz rozłożona nie domyka się do końca z powrotem więc odjechać się nie da bo jest jakiś czujnik. Jak to już zostało zrobione, to się okazało, że drzwi się nie chcą zamknąć - trzeba było wysiadać i czekać na następny, a biedny chory bimbaj odstawiono do bazy...